Planów na ten rok było i wciąż jest wiele. Część z powodu kontuzji musiałem przełożyć na późniejszy czas. Jednym z nich jest pokonanie królewskiego dystansu na Orlen Warsaw Marathon. Podczas tej imprezy w 2013r. przebiegłem swoje pierwsze 10km  na zawodach, więc sentyment jest przeogromny. Z planów, z których nie chciałbym rezygnować jest zdobycie korony półmaratonów i weterana na Ranmageddonie i choćby nie wiem jak bardzo bolało mnie kolano wiem, że dam radę. Muszę, tę walkę stoczyć w swojej głowie.

O tym czy pobiegnę 19.03.2017r. w Gdyni nie wiedziałem do ostatniego dnia. Walka z leczeniem kolana trwa od 7 stycznia br. i od tego też dnia praktycznie moje jedyne kilometraże to kuśtykanie w realizacji zadań codziennych. Na szczęście trafiłem ostatnio na osobę, która od pierwszej chwili wiedziała, co mi jest, ale o tym wszystkim będzie w kolejnym wpisie. 🙂
Dzień przed startem w Ortho Sport Clinic poza falą uderzeniową i prądami zostałem otejpowany, przez co wzmocnili na czas startu moje kolano. O tym, że taping kinestetyczny robi cuda kilkukrotnie przekonałem się wcześniej i miałem nadzieję, że i tym razem pomoże mi podczas zawodów.

W podróż do Gdyni wybrałem się z paczką biegowych przyjaciół, których poznałem podczas treningów organizowanych przez CrossRunShop i na łódzkich zawodach. W związku z tym, że start był o godzinie 10, z Łodzi „popłynęliśmy” z samego rana podnosząc się z łóżka już o godzinie 3:00. Plan był taki, żeby dospać podczas podróży, ale prawda jest taka, co potwierdziło się już nie pierwszy raz, że jeśli jedziesz z grupą pozytywnych wariatów – nie uśniesz i podczas biegu będziesz czuł się jak po Red Bullach! Mimo wszytko i tak zahaczyliśmy w trakcie o McDonald’s, gdzie skorzystaliśmy z opcji darmowej kawy. 😀

Pakiet na bieg odebrała mi Beata, którą nota bene poznałem na Biegnij Warszawo – po raz kolejny powtórzę, że bieganie łączy ludzi.

Ten dzień zdecydowanie należał do biegaczy, opanowali oni całą Gdynię i na starcie pojawiło się ponad 6 tysięcy osób, a gdyby ktoś policzył osoby dopingujące wyszłoby spokojnie drugie tyle. W Gdyni nigdy wcześniej nie biegłem, więc możliwość przebiegnięcia w tym mieście 21km i zobaczenia go od innej strony była fajnym dodatkiem. A trasa kończyła się przy Morzu Bałtyckim, więc było po prostu idealnie. <3

Sama trasa nie należała do najłatwiejszych, było kilka podbiegów, ale przecież, tam gdzie podbiegi muszą być i zbiegi, więc wiedziałem, że po chwili będzie łatwiej. Od początku założyłem, że bezpieczniej będzie pobiec spokojnie z Beatą na 2 godziny. W związku z tym, że przez 5 km utrzymywaliśmy stałe tempo i biegło mi się nie najgorzej postanowiłem przyśpieszyć i pobiec na 1:50. Pierwszy dyskomfort poczułem przy 10 km, ale w porównaniu do tego co miałem jeszcze miesiąc temu było to jak ukąszenie komara. Walka z samym sobą zaczęła się przy 17 km, do biegania musiałem dołożyć znane mi od kilku tygodni kuśtykanie. I tak też przekroczyłem metę –  1/5 korony pokonana. Pomimo bólu na twarzy pojawił się uśmiech, a w oczach łzy – łzy szczęścia i radości. Pierwszy raz po ponad dwóch miesiącach biegałem i jednocześnie testowałem postęp w leczeniu nogi. Mimo wszystko uważam, że było bardzo dobrze, zwłaszcza porównując stan sprzed kilku dni. Metę przekroczyłem z czasem: 1:48:22. Poczekaliśmy na każdego, zjedliśmy krem z pomidorów, kebsa i wróciliśmy do domu.

Warto również wspomnieć, że na ogromny plus można wskazać plecak w pakiecie startowym. Koszulek z imprez biegowych mam już wiele, więc była to fajna niespodzianka. 🙂

Na biegowej mapie od czasu zawodów w Gdyni udało się pobiec w Poznaniu i czasowo było dużo lepiej! 🙂

Pamiętajcie żeby walczyć o swoje marzenia, nawet jakby nie wiem jak ciężko było.